Pierwsza spoczęła na miękko wyściełanym podwyższeniu, pozostali zaś na skórzanej macie rozścielonej bezpośrednio na skałach. Po chwili zjawił się Zelandoni z Jedenastej i postawił między nimi kaganek. Ayla widziała nieraz podobne lampki, lecz dopiero teraz zainteresowała się szczegółami ich budowy. Wpatrując się w kamienną miseczkę, nad którą pełgał płomyk, zaczynała już odczuwać skutki działania napoju. Kaganek wykonano z wapienia. Kształt - w tym także wgłębienie na tłuszcz i zgrabny uchwyt - wymodelowano ostrzem ze znacznie twardszej skały, takiej jak granit. Powierzchnię wygładzono piaskowcem, a następnie udekorowano rysunkami za pomocą krzemiennego rylca. O brzeg miseczki opierały się trzy knoty, częściowo zanurzone w ciekłym tłuszczu. Pierwszy wykonano z łatwopalnych i osiągających wysoką temperaturę porostów, które roztapiały tłuszcz. Drugi składał się z włókien mchu, które spleciono na kształt sznurka - ten dawał jaskrawe światło. Trzeci był ususzonym paskiem porowatego grzyba, toteż doskonale absorbował płynny tłuszcz i płonął nawet wtedy, gdy brakowało już paliwa. Do kaganków wlewano tłuszcz zwierzęcy wytapiany w gotującej się wodzie. Zanieczyszczenia szybko opadały w niej na dno, natomiast z wierzchu zbierano po wystudzeniu tylko białą masę, która spalała się, prawie nie produkując dymu czy sadzy. Ayla rozejrzała się dokoła i z pewnym rozczarowaniem spostrzegła, że Pierwsza gasi właśnie jedną z lampek. Zelandoni poszli za jej przykładem i po chwili zniknęły wszystkie płomyki z wyjątkiem tego, który palił się pośrodku. Jakby na przekór swym nikczemnym rozmiarom, mały ognik wyciągnął się nieco ku górze, okrywając złotawym blaskiem twarze czworga ludzi siedzących ze splecionymi dłońnxi. Jednakże poza niewielkim kręgiem światła w każdym kącie groty zalegała ciemność tak czarna, że aż gęsta i dusząca. Ayla poruszyła się niespokojnie i odwróciła głowę w stronę głównego korytarza, by dostrzec w nim bladą poświatę dalekiego ognia. Ostatnie z lampek, które mijaliśmy po drodze, jeszcze się palą, pomyślała i wypuściła z sykiem powietrze, podświadomie zatrzymane w płucach. Czuła się bardzo dziwnie; wywar szybko zaczynał działać pełną mocą. Miała wrażenie, że świat wokół niej zwalnia lub że sama porusza się nadzwyczaj szybko. Spojrzała na Jondalara i napotkała jego wzrok, doświadczając jednocześnie niesamowitego uczucia, że zna jego myśli. Popatrzyła na Zelandoni i Mej erę - tym razem także coś poczuła, lecz nie tak silnie, jak w przypadku Jondalara. Zastanawiała się, czy coś w tym jest, czy może wyobraźnia płata jej figle. Do jej świadomości dotarła znienacka muzyka - dźwięki fletów, bębnów i ludzkich głosów, nucących melodię bez słów. Ayla nie była pewna, od jak dawna i skąd dochodzą śpiewy. Każdy z głosów rozbrzmiewał jedną nutą lub krótką serią nut, kiedy zaś śpiewającemu brakowało tchu, ustawał na moment i zaraz podejmował przerwany ton. Większość wykonawców powtarzała ten sam motyw lub dźwięk, jedynie fleciści i nieliczni śpiewacy od czasu do czasu wprowadzali wariacje. Fakt, iż każdy milkł i zaczynał swoją partię w dowolnie wybranym momencie, sprawiał, że muzyka nie cichła ani na chwilę. Na nieustającą falę przeplatających się tonów składały się dziesiątki rozmaicie brzmiących głosów. Niekiedy muzyka miała charakter atonalny, czasem ściśle harmoniczny, w sumie jednak niosła w sobie dziwne piękno i niepoślednią moc. Troje ludzi siedzących z Aylą także dołączyło do śpiewów. Pierwsza, ze swym dźwięcznym i pełnym kontraltem, należała do tej nielicznej grupy wykonawców, którzy tworzyli bardziej urozmaiconą melodię. Wysoki i czysty głos Mejery powtarzał sekwencję prostych tonów. Jondalar także upodobał sobie pewną kombinację i zadowolił się jej powtarzaniem. Znachorka nigdy dotąd nie słyszała jego śpiewu - głos miał wcale niezły, toteż dziwiła się, dlaczego nie używa go częściej w taki sposób. Ayla czuła, że powinna dołączyć do chóru, ale próbowała śpiewać jeszcze wtedy, gdy żyła pośród Mamutoi i doskonale wiedziała, że nie potrafi odtworzyć nawet najprostszych dźwięków. Nie nauczyła się tego w dzieciństwie, a teraz było już za późno. Wreszcie usłyszała głos jednego ze stojących opodal mężczyzn, który po prostu zawodził monotonnie. Przypomniała sobie czasy, kiedy mieszkała samotnie w dolinie i w podobny sposób mruczała wieczorami, próbując zapaść w sen. Przytulała wtedy do siebie zwiniętą skórzaną płachtę, w której niegdyś nosiła swego syna. Bardzo cicho i ostrożnie zaczęła mruczeć niskim, monotonnym głosem i kołysać się mimowolnie. W muzyce Zelandoni było coś kojącego, a i własne pomruki działały na znachorkę odprężające. Poczuła się pewnie, jakby wspierały ją głosy zebranych, jakby w każdej chwili mogła liczyć na ich pomoc. W takim nastroju łatwiej było ulec działaniu mocnego wywaru z ziół. Nagle z niemal bolesną wyrazistością odebrała uścisk dłoni siedzących obok ludzi. Ręka młodej akolitki była chłodna, wilgotna i niemal bezwładna. Ayla ścisnęła ją mocniej, ale nie doczekała się reakcji - nawet uchwyt Mejery był jakby nieśmiały, wręcz dziecinny. Tymczasem dłoń po prawej stronie była ciepła, sucha i nieco szorstka, zniszczona pracą. Jondalar mocno trzymał rękę uzdrowicielki, toteż bardzo wyraźnie wyczuwała twardość zamkniętego w dwóch dłoniach kamienia. Było to wrażenie dziwne, ale jednocześnie dające poczucie bezpieczeństwa.
|